Misja spełniona - Tata w akcji.

Kategoria: Dzieci Opublikowano: środa, 15 maj 2019 RadosnyTata

Dzień dla taty nie zaczyna się normalnie. Zazwyczaj, zaczyna się około dwie godziny przed zerwaniem się do życia dzieciarni, która przewraca się z boku na bok. Jest także i mama, która również podnosi swoje cztery litery mniej więcej o tym samym czasie, ale nie o niej dzisiaj mowa. Chcę podkreślić, że nie zamierzam pomniejszać roli mamy w rodzinie. Jest ona bardzo zasadnicza, nie tylko jako mama, ale również jako żona oraz kochanka. W języku starodawnym nazywano takową, strażnikiem domowego ogniska, gospodynią… Ale nie o tym, nie o tym, nie o tym.

A więc wstaję rano, za piętnaście trzecia, latem to już widno…

Nie, o tym też nie. Wstaję przed innymi, chociaż zdarza się, że poranek zaczyna się od pobudki uczynionej przez najmłodszego członka rodziny, który bez pytania, pakuje się pomiędzy rodziców i stwierdzeniami ogólnymi, wynikającymi z rozmyślania nad światem przez sześciolatkę, doprowadza do obudzenia obojga.

 Jeżeli to nie następuje, to wstaję przed Naszymi skarbami i rozbudzam siebie samego, stojąc w oknie i spoglądając na niebo, już wiem, jaki będzie ten dzień. A dzień do dnia, całkowicie nie podobny.

Zaczynam od herbaty, koniecznie z cytryną, rzadziej z cukrem. Herbatę, przygotowuję dla żony, która zaczyna dzień od Fejsbuka, Bądźmy uczciwi, ja także zaczynam dzień od rzutu okiem na telefon.

Kiedy myślę, że w spokoju dobrnę jakoś do ostatniej kropli herbaty, okazuje się, że do aktywności przystępuje nasze zoo w postaci psa, psa i kota. Psy chcą spaceru a kot? No właśnie, kot się ociera ile wlezie o głowę, siedząc na lodówce, liczy, że jak zwykle coś tam dostanie.

Przychodzi czas, aby obudzić najmłodszych. To nie jest takie proste, bo o ile Najmłodsza Dorotka, zwana Demonem, jakoś tam swój zegar biologiczny ma uregulowany, to w sprawie starszej Natalii, już to takie proste nie jest. Po pierwsze dlatego, że Natka wkracza w wiek nastolatki a więc nie po drodze jej z zasypianiem o przyzwoitej porze, bo przecież po co słuchać starych.

Wkracza więc do życia z miną przypominającą rodziców Dextera przed wypiciem kubka kawy.

Udało się. Wreszcie wszystko jakoś idzie, dziewczyny się jakoś przygotowują do wyjścia, co dzieje się, w zależności od pory, z mniejszym lub większym pospieszaniem. O ile przedszkolak może pogrymasić, to o tyle już uczennica nie za bardzo, co wywołuje pierwsze debaty pt. „Dlaczego Dorotka jeszcze się leni a ja nie mogę.?” „Dlaczego muszę się uczesać?” „Dlaczego nie mogę dzisiaj zostać w domu?” Dlaczego ubieram się tak a nie inaczej?” – to ostatnie nas dziwi podwójnie, bo przecież sama sobie wybiera większą część odzieży, oprócz obowiązkowej koszulki.

Tata nie ma innej możliwości, jak udzielać odpowiedzi w miarę spokojnie, chociażby w środku się gotował, aż do kipienia. Z lekką dezaprobatą wspominam czas, kiedy ja chciałem przygrymasić i mieć swoje ostatnie słowo… Nie, nie tęsknię do czasu, kiedy dialog z dzieckiem był serią wydawania poleceń, do których był obowiązek się dostosować, bez możliwości dołączenia aneksu.                                 

Kiedy już wychodzimy z domu, po tym, jak uporaliśmy się z odpowiedzią na wiele pytań, opróżnieniu kubka kakao, kilkukrotnej wymianie koszulki, bluzki, rajstopek, legginsów, butów, czapek, gumek do włosów, kolorów gumek do włosów, rodzaju fryzury…

Jesteśmy w drodze.

Natka na pieszo pokonuje odległość do szkoły. Pomimo tego, że nie ma daleko, to nie działa w tym przypadku żadne prawo fizyki, czasu, pokonywania drogi wg. prawa constans… Dlaczego? Abo nie. Koleżanki, koledzy, ptaszki, wiosna, śnieg, słońce, deszcz… wszystko to potrafi wydłużyć drogę do szkoły o kilkanaście minut. Na całe szczęście zasiada w ławce o odpowiedniej porze.

Wiemy to z e-dzinnika. Współczuję moim dzieciom. Postęp technologiczny nie pozwala im na to, aby spóźnienia przemilczeć, nieobecności sobie samemu usprawiedliwić… itp. Itd. Kto miał dwa dzienniczki ten wie.

Z Dorotką jest o tyle inaczej, że trzeba ją odstawić do przedszkola. Jeżeli warunki pogodowe są znośne, nie ma burzy, mrozów, to korzystamy z roweru i przyczepki rowerowej. Wtedy także można poprowadzić trochę rozmowy, dowiedzieć się jak to jest, być dzieckiem dzisiaj, jakie ma problemy, dlaczego koniecznie chce oglądać „Psi patrol” podczas jazdy a nie chce pooglądać budzącej się do życia fauny i flory.

Jest też szansa, na to, że pojedzie swoim rowerkiem, co w ogóle jest fantastycznym rozwiązaniem, ponieważ można już bez przeszkód opowiedzieć sobie, jaki był dzień poprzedni, jakiego dnia się spodziewam dzisiaj, co się stało takiego, że nie chce się bawić z koleżanką, dlaczego nie zjada zupek w całości i wreszcie, że odebrać ją powinna mama, bo tata jak przyjeżdża to za późno.

Czas na pracę. Część pracy wykonuję w domu, więc pod nieobecność żony, ważne, aby wykonać nie tylko pracę zawodową, ale i tę domową. Wracam do domu. Siadam przy komputerze, kubek kawy. Spory… Chyba muszę ograniczyć, ale po co sobie to powtarzam?

Zaglądam do łazienki, gdzie z kosza na brudną bieliznę wygląda góra brudnego prania, kolorowego.

Dzielę na kolory, wchodzę do kuchni, wrzucam kapsułkę, rzeczy jasne, zalewam płynem do płukania i startuję. Program 60 minut, a temperaturze maksymalnej 40’, czasami 50’. Kończy się jedno pranie, zaczyna drugie – kolorowe. Zabieram się z miską do suszarni, zbieram nasze wysuszone pranie, wracam z pełną miską, dzielę na moje, mamy, dzieciaków. Napełniam miskę wypranym, zanoszę do pralni… tak. Powtarzam czynność dwa razy.

I wracam do pracy. Czas przygotować obiad dla całej rodziny. Jak zwykle, odgaduję czy coś zjedzą oprócz naleśników czy nuggetsów. Ewentualnie jeszcze kotleciki z serem w środku. Podchodzi jeszcze makaron. Może być z samą maggie. Jako Ojciec powinienem zmusić do zjedzenia tego co podano do stołu. Jako tata wiem, że nic takiego nie pomoże. Jeszcze szybka surówka z sałaty, pomidora i ogórka.

Jak jest więcej czasu, to dodaję jeszcze jogurt, kukurydzę, rzodkiewki… Czasami mizeria. Wszystko na jogurcie. Nie używamy śmietany, ze względu na kalorie.

Na szybko odkurzacz, kilka naczyń do umycia, szybko ścierą po meblach…

Ale nie prasuję. Potrafię, ale nie cierpię.

Obiad dochodzi, mijają godziny, żona w pracy, córka w szkole, córka w przedszkolu a ja? Czas na spotkania z klientami. Pleplepleple…

Idziemy dalej.

Kiedy wracam ze spotkań, to jest godzina 15-15:30. Odbieram Dorotkę. Mija kolejny czas, który ginie gdzieś w obliczeniach Matrixa.

Nie i nie. Nie przyjeżdżam za późno, ale proces ubierania się Dorotki, można określić statusem związku na Fb – to skomplikowane. Nie ważne czy to lato i nie ma co do ubrania, raczej jest tylko do przebrania, po okres zimowy, gdzie trzeba się ubrać od stóp do głów, Dorotka ma tyle zajęć, tyle rzeczy opowiada, że sama nie wie, iż właśnie faktycznie jest sama w przedszkolu a jej koleżanki z kolegami, już dawno opuścili budynek przedszkola.

Kiedy już wyjdziemy poza drzwi, ogrodzenie, mury, zaczyna się walka na argumenty, że nie zatrzymujemy się po bułeczki, nie zajadamy po drodze, ale w domu czeka obiadek.

Zostaję zasypany setką pytań, których tematy są bardzo rozrzucone, jak gnojówka po polu. Od tematów, co tam się w przedszkolu wydarzyło, po oczekiwanie, że pójdziemy na spacer do parku, że zbudujemy zamek w piaskownicy, że pogramy w Doublle, że pobawimy się konikami, zrobimy zwierzątka z balonów, zrobimy wiele innych szalonych i mniej szalonych rzeczy.

Za każdym razem, kiedy spoglądam na buźkę Dorotki, odpowiada ona, że warto się spędzić czas, tak jak Ona go widzi. Muszę pamiętać, że obok wielkiej beztroski, jest Natka, i zupełnie inne oczekiwania, co do spędzenia wolnego czasu. Oczywiście, są zadania domowe, przygotowanie się do dnia następnego… Tutaj bez dramatu. Jak lekcje robi z mamą, to mijają godziny, są rozmowy o wszystkim a wszystko to przy biurku. Jak z tatą, to zadanie domowe zajmuje najwięcej godzinę, ze wszystkich przedmiotów, a o sprawach innych, ważnych dla Niej, rozmawiamy już podczas gier, spaceru, siedzenia na ławce przed domem.

Tak mija czas do kolacji.

Tak mija czas do pory spania. Obiecana godzina telewizji. Dla każdej po pół godziny ulubionych bajek.

Kąpiel, wieczorna toaleta, czytanie książeczki Młodszej, czytanie książek przez Starszą (plus siedzenie w telefonie, co staramy się w miarę kontrolować).

Już obie śpią, nie pozostaje nic innego, jak zająć się książką, sobą, albo ewentualnie się położyć spać. Nie idę spać, bo po co łazić po nocy, skoro łóżko stoi i czeka.

Warto złapać mamę za pewne części ciała, ale z doświadczenia wiem, że nie warto budzić kobiety, jeżeli dopiero co zasnęła i jest już w objęciach snu, gdzie ona śni o księciu na biały koniu, a ja o księżniczce… A rano? A rano ona widzi mnie, a ja ją. Każdy ma taką księżniczkę, ma jaką sobie zapracował a i owa księżniczka nie ma co narzekać na swojego księcia. To też był jej wybór. Dobrowolny.

 

 

 

Odsłony: 136

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy Odśwież