Nie daleko pada jabłko od jabłoni.

Kategoria: Dzieci Opublikowano: wtorek, 24 lipiec 2018 RadosnyTata

Nie, nie zamierzam rozprawiać się z rodzicami przy pomocy narzędzia zwanego blogiem, tekstem czy w jakikolwiek inny sposób. Zwyczajnie, zataczam kolejne błędne koło i przekonuję się, jak nikłe są moje sukcesy, a jak trwałe porażki. I tutaj kolejne rozczarowanie. Nie zamierzam siebie samobiczować, nie zamierzam poddawać się terapii szokowej, po której i tak będę nie wiele mądrzejszy. Jest jedna droga, aby wiedzieć, co się spartoliło. Zwrócić się, do najbardziej zainteresowanych. 

Czas więc zacząć odmienić przez wszelkie przypadki, moim zdaniem, rzecz jasna, spraw, które warto przedyskutować.

W czasach mojego dorastania tylko rodzice mieli rację. Nikt ze świata dorosłych się w sumie nie zastanawiał, czy faktycznie ją ma. Zwyczajnie, logika nakazywała    im myśleć, że skoro tak mówią, tak ma być. Niestety. Dzisiaj widzę, że nie zawsze ta racja była po ich stronie, a co gorsze, częsta owa racja, nie miała miejsca. Tak było w sytuacji wyboru szkoły, kierunku edukacji, praktyk zawodowych, stylu muzyki, stylu ubierania się. Wszystko to dlatego, że cokolwiek poza ten nawias wychodziło, było zwyczajnie nienormalne. Oczywiście, nie wszystko się im udawało, muzykę słuchałem, taką jak chciałem, ale już ubierać się tak jak ja chciałem, nie mogłem. To było powodem wielu konfliktów, było sporo problemów. Nie wiem, czy cokolwiek pamiętają z tego okresu, bo przecież, to co nie wygodne, często jest wypierane z pamięci.

  Czy mnie to boli po latach? Trochę tak.   Wszystkie naleciałości odciskają na mnie piętno, a ja łapię się   na tym, że w sumie to niczym się nie różnię.  Mam   taki sam   problem w momencie, kiedy zakazuję   czegoś moim dzieciom, nie rozumiejąc swoich   własnych decyzji. Oczywiście, wymagam tego, co pewnie wymagają   wszyscy, utrzymanie porządku w pokoju, dbania o zabawki, układanie swoich rzeczy… Czyli to, co nudne i nieciekawe. A jednak atakuję swoje dzieci, w takich   sprawach, jak mają się ubrać… Dlaczego? Nie mam pojęcia, chciałbym nie zwracać im uwagi (oczywiście bez przesady, jak zamierzają się ubrać za lekko jak na   dworze zimno) na to, jak się ubierają, co zakładają i powoli uczę się, jak tego nie robić. A mimo to, przypominam sobie swoje dzieciństwo i to, co musiałem nosić,   chociaż kompletnie mi się to nie podobało.

Problem to nie tylko styl ubierania się. Odwieczny problem, konflikt pokolenia, to sposób spędzania wolnego czasu. Miałem to wielkie „szczęście”, że byłem     synem wędkarza. Wg. mojego ojca, genialne było spędzanie całej soboty i połowy niedzieli nad jeziorem, bez prawa kąpieli (bo się ryby spłoszą), bez prawa hałasu (bo się wędkarzom nie przeszkadza), bez prawa do czegokolwiek. Mogłem sobie usiąść i gapić się, sam nie wiem w co. Oczywiście, fakt, że miałem ochotę zostać w domu, wolałem iść z kolegami na boisko, nie miało żadnego znaczenia. Dzisiaj zarzucam swoje dzieci propozycjami, które nie zawsze im przypadają do gustu. Oczywiście, wiele z nich realizujemy, chociaż nie interesuję się zbytnio tym, czy one chcą tego samego. Dotyka mnie w tym momencie mały ból, zaczynam zadawać sobie trudne pytania, chociaż takie jak „czy moje dzieci nie chcą ze mną spędzać czasu?” „Może moje dzieci nie lubią mojego towarzystwa?”. Rozwiązaniem jest rozmowa. Rozmawiam z moimi pociechami, ile się da, właśnie po to, aby nie ciągać ich w miejsca, których nie lubią, nie chcą w nich być, nie chcą np. łazić po lesie… Sporo tego.

Dzisiaj mam w planach wybrać się z dziećmi na szlak w Bieszczady. No dobra, głównie chodzi o Natkę. Czas, który pragnę z nią spędzić, ma być naszym detoksem, naszą odtrutką. Oczyszczeniem się z toksyn i wspaniałą wyprawą.

No właśnie, ale czy naprawdę my tego chcemy, czy tylko ja tego chcę.

Odsłony: 492

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy Odśwież