Nie umiem pisać, nie umiem czytać, nie umiem żyć?

Kategoria: Gderanie Taty Opublikowano: niedziela, 01 grudzień 2019 RadosnyTata Drukuj E-mail

Zdarza się Wam mieć w swoim otoczeniu kogokolwiek, kto sobie w pracy nie radzi z najprostszymi zadaniami? A może jest ktoś taki wśród bliskich, ktoś, kto nie potrafi być dorosłym? A może zauważacie, że dzieci dziwnie są skryte, schowane, boją się brać udział w zajęciach, często szukają ostatnich miejsc? Tak, to objawy pewnego rodzaju analfabetyzmu, wtórnego analfabetyzmu, który nie ogranicza się tylko i wyłącznie do samego pisania czy czytania. Skąd się biorą? Z codziennego hejtu, błędów wychowawczych, ograniczeń narzucanych przez współpracowników. Biorą się spośród zwykłych dzieci, ludzi, którzy trafiają na innych ludzi, często bezzasadnie, uważających się za lepszych.

 

Od miesięcy próbuję zmierzyć się z tym tematem, skąd się biorą ludzie wykluczeni, odepchnięci, poruszający się gdzieś na marginesie szkół, osiedli, miejsc, w których pracujemy, w przychodniach…

A są ich miliony.

BA! Bardzo często może się okazać,

że takim analfabetą jestem ja,

że jest to moja żona,

a czasami moje dzieci.

Szukałem i odpowiedzi, i chyba udało się mi ją znaleźć.

Winnym jest powszechne przekonanie, że jeżeli jakaś osoba nie pasuje nam do ogólnego obrazu, to z pewnością musi się nie znać, i zaczyna się dojeżdżanie takiego kogoś. Najczęściej ma to miejsce wobec kogoś „nowego”, któremu ma prawo nie wychodzić to i owo. A dlaczego nie wychodzi?

Analogicznie – dokładnie te same przymioty dotykają dzieci i dorosłych.

Po pierwsze: Stawianie wymagań na bardzo wysokim poziomie przy jednoczesnym stwierdzeniu, że „i tak sobie nie dasz rady, nie zrobisz tego”.

Tak się dzieje od pierwszego dnia, kiedy nasze dziecko stawia pierwsze koślawe szlaczki, literki, odpowiada na nasze pytania i zaczyna się mylić.

Zauważyłem w swoim otoczeniu trzy grupy rodziców/dorosłych:

  1. Nie hejtują, pomagają, nie wyśmiewają, nie podcinają skrzydeł, nie zniechęcają swoich dzieci do pokonywania przeszkód, które przerastają dziecięce możliwości, nie podkreślają, ile razy dziecko się pomyliło, zrobiło coś źle, krzywo, ale podkreślają jego sukcesy. Pozwalają, aby dziecko się potknęło, aby się przewróciło, aby samodzielnie pokonywało przeszkody, jakie je spotykają. Oczywiście, są blisko, bo w końcu są rodzicami. Rodzice z „jedynki” nie wybierają dzieciom zainteresowań, nie wybierają zajęć dodatkowych, co nie oznacza, że nie chcą, aby dziecko nie miało zainteresowań, rozwijania swoich umiejętności;
  1. Wspierają swoje dzieci, nie hejtują, ale wskazują dzieciom, co zrobiły źle, jak to poprawić, często podpowiadają, stawiają na samodzielność kontrolowaną: nie wchodź tam, bo spadniesz; nie siadaj na mokrym; nie wchodź na tę górkę; na rowerze najlepiej nie jedź za szybko. Różnią się od rodziców z punktu pierwszego, przede wszystkim tym, że opiekuńczość bardzo często jest zbyt opiekuńcza. Rodzice z „dwójki” mają pewne oczekiwania, zachęcają do zajęć dodatkowych, ale oczekują, że dziecko nie tylko wychodzi z domu, aby spędzić na nich trochę czasu. Stawiają oczekiwania, a więc i oczekują pewnych sukcesów;
  2. Trzecia grupa to brak rodzicielstwa. Jest to rodzic hejtujący bez litości, obnażający tylko słabe punkty, nie dostrzegający sukcesów, a gdyby nawet dziecko zdobyło złoty medal na szkolnej olimpiadzie, to i tak nie jest to złoto za mecz piłki nożnej, ale za szachy. Relacja oparta o ekonomię: ja zarabiam, a ty się ucz, cała reszta mnie nie interesuje; jak się nie będziesz uczyć, to będziesz Tesco zamiatać. Nie ma co rozwijać punktu, gdzie nie chce się do domu wracać.

 

Jaką kategorią ja jestem? Wszystkimi po trochu, chociaż uczciwie muszę przyznać, że trzeci przypadek występuje bardzo rzadko. Sporo we mnie „dwójki”, mniej „jedynki”, a najwięcej we mnie mieszanki „jedynki” z „dwójką”.

To oczywiście Ja, i jest to mało obiektywna ocena.

Dlaczego?? Te trzy grupy rodziców, można śmiało przełożyć na dorosłych, kolegów z pracy, znajomych, bliskich, przyjaciół, szefów, przełożonych…

ALE, niestety, to Ja mogę być kimś takim z punktu trzeciego, wobec kogoś innego. Zdarza się również, że spotykam na swojej drodze takich z „trójki” i to już podcina skrzydła. W pewnych sytuacjach tak bardzo, że nie ma żadnych szans na to, aby swoje zadanie wykonać poprawnie.

Po drugie: „Po co zabierasz się za coś, o czym nie masz pojęcia, czego nie umiesz

To jest hasło, które każdy z nas, usłyszał przynajmniej kilka razy, i to na każdym etapie życia.

Często to słyszałem, kiedy chciałem np. przestawić meble w swoim pokoju, kiedy chciałem po swojemu położyć przewód antenowy od radia z dachu, czy jako dziecko próbowałem zbudować duży zamek z piasku.

Zawsze słyszałem to od mojego ojca i zastanawiałem się, jaki cel mają jego słowa. Satysfakcja? Chęć udowodnienia swojej wyższości komuś, kto ma 10-12 lat? A może koniecznie chciał mi udowodnić, że czegokolwiek nie zrobię, to spieprzę koncertowo?

Skończyło się na tym, że nasze drogi całkowicie się rozeszły i nie mięliśmy, o czym ze sobą rozmawiać. Ze smutkiem stwierdzam, że w ogóle nie odczuwam żadnej tęsknoty za domem rodzinnym. Nie zdążyłem się zobaczyć z ojcem przed jego śmiercią. Czy żałuję? Tak po ludzku, bardzo. Był to człowiek bardzo zapracowany, któremu w życiu łatwo nie było. Ale tak po synowsku, to zastanawiam się, jak to się stało, że nigdy nie poklepał mnie po plecach, ale był chodzącą pretensją?

 

Ilekroć usłyszałem "Nie, nie umiesz ... ", w jakiejkolwiek formie, działało to na mnie uwsteczniając moje wszelkie działania. Nie łatwo wykrzesać z siebie siłę i chęci to tego, aby cokolwiek poprawić, bo przecież to nie ma sensu...

 

I tak samo w pracy, w domu, gdziekolwiek.

 

O ile taka relacja pomiędzy rodzic – dziecko jest łatwiejsza do analizy, to jak się to wszystko ma do dorosłego życia?

Ano dokładnie tak samo.

Zawsze w życiu spotyka się na swojej drodze kogoś bardziej cwanego, bardziej wygadanego, bardziej, bardziej, bardziej….

Jedyne miejsce pracy, gdzie nie zauważyłem różnicy w podejściu młodszych pracowników do starszych, było w pewnej sporej firmie we Wrocławiu. Było to jedyne miejsce, gdzie nikt nie spoglądał na mnie jako na kogoś, kto nic nie potrafi, nic nie umie.

Pewnie wielu się spodziewało, że napiszę tak o okresie praktycznej nauki zawodu… Nieeeee, nauczyłem się jak sprzątać, obcinać nity, porządkować złom, jak trzymać uchwyt od spawarki, i nic poza tym. Skoro pomimo chęci, nikt nie chciał mnie niczego nauczyć, to trudno oczekiwać, abym dzisiaj był jakimś wybitnym ślusarzem.

A jak to bywało gdzie indziej?

Nie odkryję Ameryki, jeżeli napiszę, że tak jak w relacji ojca z dzieckiem.

Co wpływa na takie, a nie inne podejście do nowego pracownika?

Wystarczy, aby wyglądał inaczej, myślał inaczej, miał inne poglądy.

To w zupełności wystarczy, aby być na marginesie szkoły czy zakładu pracy.

Zdarzały się miejsca, gdzie po kilku dniach oczekiwano pracy na podobnych poziomie, jaki prezentowali dużo starsi koledzy. Problem polegał na tym, że nikt mnie niczego nie nauczył a obsługę maszyn miałem poznać po samej obserwacji. To tak jakbym młodemu mechanikowi kazał wymienić silnik w samochodzie, w drugim dniu jego pierwszej pracy na warsztacie.

Takie zachowania starszych kolegów prowadzą do tego, że niewielki procent ludzi poradzi sobie ze stresem w nowym miejscu (tak jakby sama praca w nowym miejscu nie była wystarczająco stresująca), z wykonaniem nowej pracy, a już o wykonaniu jej poprawnie, można pomarzyć.

Oczywiście, są między nami ludzie, którzy zwyczajnie się nie nadają do pewnych zadań. Czy to oznacza, że można takowym pomiatać? Znam przypadki, gdzie ktoś bardzo przestraszony w nowym zakładzie, wyśmiewany przez „elytę” (swoją drogą, gdyby tak dzisiaj nagrać ich zachowania i pokazać żonie w domu??) okazali się filarami owych zakładów i nie poddali się temu czy innemu idiocie.

Czy jednak o to w życiu idzie?

Czy na każdym etapie życia,

musimy spotykać osoby z „trójki”,

niewnoszące nic pozytywnego?

 

Współcześni analfabeci nie boją się siebie, nie wątpią w swoje umiejętności czy kwalifikacje (często wyższe od wielu starych wyjadaczy). Wycofują się, bo chociaż wiedzą, że sobie poradzą: naciski, stres, cechy charakteru, wygląd (bo gruby, bo w okularach, bo rudy, bo się jąka), nabyte doświadczenie, a nawet dzieciństwo – nie pozwalają rozwinąć skrzydeł.

Przypomina mi to dom bardzo bliskiej mi osoby, która w życiu osiągnęła najwięcej, ukończyła studia, pracuje, potrafi się zachować, a jak tylko przekracza progi domu rodzinnego, od razu na nią wsiadają domownicy, próbując swoje niedołęstwo na nią przerzucić. Już się im to nie udaje, bo lata pracy nad sobą spowodowały, że potrafi już bronić się przed atakami tych, którzy ze sobą nie potrafią sobie nie poradzić.

Wiem.

Wiem, jak wiele ode mnie zależy, wiem, jak potrafią zaboleć słowa rodzica,

wypowiedziane nawet żartem, ale skierowane do dziecka, które jest wrażliwe, a które ukłują.

Nie na darmo w Biblii jest zapisane, że słowa potrafią ranić, a nawet zabić.

Pewnie to nie odkrycie, co napiszę, ale zwyczajnie nie warto być burakiem w życiu, nie warto być ponurakiem, ale też nie wolno pozwolić wejść sobie na głowę i czasami warto od samego początku, pokazać, na co mnie naprawdę stać, pomagając koledze, koleżance w szkole, czy nowemu pracownikowi, który jest przestraszony, ma prawo do błędów, ma prawo do pytań a co najważniejsze, ma prawo do odpowiedzi, do podpowiedzi.

 

Warto dać dziecku pokonać kilka szczebli drabinki a kto wie, może jak dorośnie, to pokona Everest? A może nie, tak czy inaczej, można od najmłodszych lat budować solidny zamek, ewentualnie kiepską lepiankę.

 

Szkoda, że ja najczęściej spotykaną odpowiedzią, jaką miałem w zakładzie pracy, to „masz łeb i … to kombinuj”, albo, że przecież biorę za coś pieniądze.

Dziwni ci ludzie.

A najdziwniejsze jest to, że najczęściej, największe mniemanie o sobie mają ci, którzy takiego prawa mieć nie powinni.

 

Odsłony: 411

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy Odśwież