Wk******y Tata

Kategoria: Gderanie Taty Opublikowano: środa, 17 lipiec 2019 RadosnyTata Drukuj E-mail

Zauważyliście, że niewielu rodziców w swoich wpisach, blogach odważy się napisać więcej słów prawdy, o tym, jak wychowują swoje dzieci, jak reagują, kiedy pewne formy nacisku nie zdają egzaminu? To dzisiaj o tym, jak to jest być rodzicem na pełen etat, ale bez przesadnej uprzejmości, bez owijania w bawełnę, dlaczego postępuję czasami tak, a nie inaczej.

Dzisiejsze dyskusje internetowych rodziców, przypominają mi scenariusz pewnego filmu (celowo bez tytułu), gdzie matka wcale nie jest taka doskonała, popełnia wszystkie możliwe, błędy, ale ma jedną zajebistą cechę – kocha swoje dzieci i pomimo wpadek, często poważnych, dzieci nie przestają kochać ją. Film się kończy, jak główna bohaterka wygrywa wybory na przewodniczącą rady rodziców, właśnie dlatego, że nie ubarwia swojego macierzyństwa w płaczliwe historie, jak to matka, pomimo szalejącego dziecka, zawsze zachowuje maksimum spokoju.

 

Tak, nawet Wcielenie dobra, Anioł spokoju,

potrafi pizdnąć książką o podłogę

i rzucić mięsem w stronę męża.

 

Dzisiaj panicznie boimy się napisać o tym, że dziecko czasami wk….a, że czasami ma się dosyć, a czasami jedyną potrawą, jaką chcemy zaserwować mężowi/żonie, to arszenik, a kolacja to kilogramowa porcja lodów z dwoma litrami Fanty.

 

Życie jest złożone z emocji i każdy człowiek, czy to w pracy, czy to w domu, dochodzi do takiej ściany, na której mogą być wypisane złote porady superniani, innych parentingowych facebookowych doradców, ojców, tatów, mam, cioć, babci i te wszystkie rady nadają się tylko, na nadrukowanie ich na papier toaletowy, bo to daje pewność, że w pewnym momencie, mogą one spotkać się z jedyną częścią ciała, dając jednocześnie gwarancję, że owa rada tylko się nadaje do użycia w okolice tego konkretnego miejsca.

Nie, nie namawiam, aby porzucać wszelkie porady (porozrzucane po Internecie, jak gnojówka po polu), jak rozwiązać jakiś problem. Sam dość często czytam to i owo i mogę ocenić na ile owa porada jest zdolna pomóc w moim domu, w konkretnej sytuacji, a na ile się nie nadaje.

Szukam jednak takich porad, które są wypracowane doświadczeniem. Szukam takich wypowiedzi, które mogą mi pomóc REALNIE rozwiązać jakiś problem. Co może wnieść do mojego życia porada superniani, która została pozbawiona praw rodzicielskich, a która radzi kupować uwagę dzieci, wychowywać je za cukierka? Nic! Za to całkiem sporo do mojego życia, może wnieść ktokolwiek, kto w prostym, męskim języku podpowie jak najlepiej nauczyć dziecko jeździć na rowerze, na dwóch kółkach.

Z wielką rezerwą podchodzę do porad wszelkiego rodzaju psychologów, terapeutów, czy innych tego typ osób, a omijam z tego powodu, że książkowo można mówić o problemie, ale nie da się przypasować do wzoru każdego malucha.

Skąd to wiem? Jakiś czas temu wszyscy panikowali, że Dorotka nie za bardzo chce mówić, albo mówi nie wyraźnie, albo po prostu milczy. Sztab Pań z przedszkola, logopedów zaczął wmawiać w Dorotkę stany chorobowe, pojawił się nawet autyzm.

Dzisiaj te same osoby pragną, aby Dorotka przestała na chwilę mówić. Dlaczego? Bo Dorotka to dziewczyna z charakterem i nie będzie gadać z każdym, kto ma taką ochotę, a poza tym, nie będzie się udzielać w każdym temacie, o jaki ktoś ją pyta. Cieszy mnie to, że swoje zadania, jakie przed nią stawia przedszkole, wypełnia dobrze.

Po prostu, Dorotka, ma swój charakter.

O czym ja to jednak chciałem?

O tym wszechogarniającym strachu przyznania się do tego, że dzisiaj sram na zmywanie (nie każdy ma w domu zmywarkę), olewam przygotowanie kanapek i niech sobie dzieciak kupi słodycze, a niech sobie wyjdzie na dwór rano i wróci wieczorem…. Prawda? Jak tylko ktoś napisze, że zwyczajnie jest człowiekiem, od razu pojawi się wiele „mam” i zacznie swoje fantazjowanie, na temat, co się powinno, a czego nie powinno. Chętnie czytam wypowiedzi osób, które mają pełną wolność i swobodę, w swoim świecie. Doceniam ludzi za to, że nie mają obaw opisać swoje podejście do wychowania, do kierowania maluchem totalnie bez trzymanki.

                                                                                                                                                       Dzieciństwo nie powinno być inkubatorem,

chroniącym pociechę przed zwichnięciem nogi,                                  

ale powinno nauczyć,                                                          

że można pokonać wszelkie przeszkody,                                  

a zwichnięcie,                                          

to tylko etap w kolejnym kroku do przodu.

 

To nie jest dramat osób, które mają takie podejście, ale dramat wszystkich tych, jak to dzisiaj się mówi, poprawnie politycznie poukładanych, którym przeszkadza fakt, zwracania się do dziecka bardzo bezpośrednio, lub w drugą stronę, bardzo surowo, albo jeszcze inaczej, tak bezpośrednio, jak majster do swojej brygady na budowie.

Czy wypada przy wychowaniu dziecka posługiwać się prostym językiem? Bardzo prostymi zasadami?

Czy jednak należy się załamać po uwadze, że do dziecka nie powinno się mówić „źle coś robisz”, bo to ponoć podcina mu skrzydła, i uderza w godność młodego człowieka. Jakoś tak to widzę, że jeżeli dziecko coś źle robi, to nie uważam, że podcinam mu skrzydła, mówiąc mu, że coś źle robi, bo to się tak nie uda. Z mojego doświadczenia, to wygląda tak, że dzisiaj moja starsza córka ma ogromny zapas zaufania do mnie i nie boi się przyjść mi powiedzieć, że coś jej nie wychodzi i czy mogę jej pomóc, ewentualnie pokazać, jak daną rzecz zrobić.

Jest to mój wielki sukces, ponieważ, nie zawsze rodzice obdarzani są zaufaniem,

które wykracza daleko poza zaufanie dziecka do rodzica.

Zresztą, to samo tyczy się wszelkich zagadnień, jakie padają w dyskusjach facebookowych dotyczących szkoły, przedszkola, pracy rodziców, żłobków, karmienia piersią na ławce w parku, wyjadaniu mięsa z piaskownicy, pożyczaniu zabawek w piaskownicy, dzieleniu się huśtawką, golasami na plaży, siusianiu do basenu, przeklinania w domu, podnoszenia głosu na dzieci, stawianiu wymagań, stawianiu granic, zawieraniu umów pomiędzy dziećmi a rodzicami, metodach żywienia, słodyczach, CocaColi, chipsach, paluszkach, popcornie w kinie, sztucznych sosach, jeździe konnej, nauce pływania, garncarstwie, nauce gry na instrumentach...

 

Jak daleko można się posunąć,

   aby zdewastować kogoś,

            tylko dlatego,

     że wybiera pomiędzy

     kurczakiem z rożna, pizzą

         a zupą z dyni i kotletami sojowymi?

 

W każdej z tych dziedzin, w komentarzach, pojawią się osoby, które muszą bardzo mocno podkreślić, jak to wielu robi wielką krzywdę, bo przecież wypicie Cocacoli zabija dziecko na amen, a pozwalanie dziecku na bieganie boso po trawie w parku, jest zbrodnią. Jak można dziecku pozwolić wyrazić swoją opinię w restauracji i, o zgrozo, CO TO DZIECKO ROBI W RESTAURACJI???

Ubóstwiam rodziców, którzy mają tak bardzo w dupie wychowanie wg. zasad, norm społecznych, że aż dzieciakom brakuje godzin w jednej dobie, aby im opowiedzieć o wrażeniach z całego dnia.

Pamiętam całkiem nie dawno debatę o spaniu z dziećmi, kiedy wyraziłem swój pogląd, że każdy przecież powinien mieć w domu swoją enklawę, swoje miejsce swój kont, to pamiętam, jak użyłem słów „jakoś się wysypiamy” – od razu mnie zaatakowała jedna osoba, która stwierdziła, że jej dzieci się wysypiają normalnie, bo ona śpi ze swoimi dziećmi. I po co takie uwagi? Bo pewnie moje dzieci wstają niewyspane i poszkodowane. Skąd się takie osoby biorą?

Całkowicie niepotrzebne, prawda?

Co jest śmieszne, a może smutniejsze, to najczęściej, owa edycja ma wyglądać wg. Instrukcji z Internetu, a nie wg. swojego zdania. Żyjemy w czasach, kiedy zdanie jakiegoś blogera jest święte, a zdanie współmałżonka całkowicie niewiarygodne w konfrontacji z youtoberem.

 

Skąd w Nas, we mnie, w Panu, w Pani, tyle chęci do edytowania treści życia drugiego człowieka?!

 

Chociaż w ostatnim roku, nie edytuję niczyjego podejścia do czegokolwiek, chyba że ktoś bardzo zabiega swoimi napastliwymi komentarzami, prowokuje, to sorry, nie pozwalam takim osobom za daleko ingerować ze swoimi chorymi, często urojonymi, wnioskami, ale ucinam dyskusję, czasami bardzo ostro, bo ile można, prawda?

Nigdy nie będę komentował tego, jak ktoś zrozumiał moje słowa, bo to absurd. Za to, jak moje słowa zostały zrozumiane, powinna się tłumaczyć osoba, która rozsiewa jakieś farmazony na temat tego, co napisałem, skomentowałem.

Całkowicie można pominąć taką oczywistą oczywistość, jak to, że jeżeli nawet, ktoś napisze mądre słowa, ale osoba X jest uprzedzona, została objechana przez osobę X, to ZAWSZE będzie szukać haków.

 

Jak rodzice z roczników 40, 50, 60 wychowali swoje dzieci bez Internetu, to ja nie mam pojęcia.

Jaki sens do życia, do debaty wnoszą takie komentarze? Albo inaczej, jaki jest cel wpisania takiego komentarza? Na moje, chęć zaistnienia, chęć pokazania – zobacz ja robię inaczej (no i super, to twoja sprawa); a najczęściej chęć jątrzenia. Atakowanie jakiegoś autora komentarza, który napisze, że są momenty w jego życiu, że ma totalnie wy****e, na wszystko, nic totalnie nie wnosi, bo wcale nie czyni to z takiego człowieka rodzica gorszego sortu.

Jak można to podsumować? Że schodzimy do poziomu „doradców”, którzy w wybitny sposób pokazują, jak są daleko od miejsca, które opisują o sobie. „Żal mi Twoich dzieci”, „Współczuję Twoim dzieciom takiego ojca/matki”… Prawda?

Uważam, że osoba sięgająca po takie argumenty, traci całkowicie moją wiarygodność. Traci w moich oczach resztki człowieka. Widzę typowego, nadętego buca, który z braku racjonalnych argumentów, potrafi poniżyć jednego rodzica, będąc samemu na marginesie rodzicielskiej społeczności.

 

Rodzic, który w jakikolwiek sposób poniża drugiego rodzica,

bardzo często, ma o wiele większe problemy ze sobą,

ze swoimi dziećmi i nie ma innej metody na to, aby to zmienić,

musi więc nałożyć kolejną maskę.

 

Przykre, prawda?

Niestety znam takie osoby, które w Internetach pouczają wszystkich, a w domu, między domownikami, atmosfera taka, że z daleka gęsty czarny dym gryzie w oczy.

 

Ps. Zresztą, nie dotyczy to tylko i wyłącznie tematów wychowawczych, tak się dzieje w świecie akwarystów, fotografików, łazików górskich, spieczonych nad morzem, zakochanych w PISie, PeŁowców, wegetarian i zakochanych w schabowych, psiarzy i kociarzy, a jeżeli mowa o zwierzęta …

 

Ps2. Teraz czekam na komentarze, że pewnie moje życie musi być baaaardzo smutne, bo przecież, nie można tak myśleć, tak pisać i być wielce radosny :P

Owszem, można!! Emocje nie stanowią problemu w osiąganiu radości.

 

Odsłony: 423

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy Odśwież