Agencja Wymiany rodziców vs Siedem uczuć? Część pierwsza.

Opublikowano: czwartek, 20 grudzień 2018 RadosnyTata

„Agencja wymiany Rodziców, wybierz sobie wymarzonych rodziców”. A wcześniej „Siedem uczuć” Koterskiego. Nie miałem pojęcia, jak książka napisana dla dzieci, może obuchem znokautować starego i nie pozwalać bardzo długo podnieść mu się z desek. Nie miałem pojęcia, jak bardzo myliłem się, idąc na kolejną odsłonę życia Adama Miauczyńskiego, że wyjdę z niej uśmiechnięty, jakbym miał okazję oglądać „Dzień świra”. Jako rodzic popełniłem wszystkie możliwe błędy wychowawcze, ale czy co chwilę, muszę gdzieś o nich czytać, lub słyszeć?  Wydawało mi się, że skoro już mniej krzyczę, to tak, jakbym poskromił w sobie demona. Tymczasem, jak się okazuje, demon ma młode. I to bardzo dużo. To książka dla dzieci, nie spodziewałem się, że pozorna pozycja, może z taką dokładnością rozprawić się z grzechami rodzicielstwa…

Część pierwsza.  O obydwóch jednocześnie.

Natalka to bardzo bystra dziewczyna. Nie chwalę się, jakie mi wspaniałe córki udają, ale w tych dwóch przypadkach mam powody do dumy. Myślę, że nie ma rodzica na tej ziemi, który by nie zastanawiał się, kim będą jego dzieci, co osiągną, czy wpajane zasady, normy, uznane przez rodziców, pozostaną z latoroślą na dłużej? A może ulecą szybciej, niż się rodzicom wydaje. Na całe (nie)szczęście, Natalka jest wrażliwą dziewczyną, z olbrzymimi pokładami empatii, zrozumienia dla świata, a to oznacza, że w życiu nie będzie mieć łatwo.

Cały ten tekst powstał po dość ciekawej rozmowie, jaką miałem z  Natką, a w tle tej rozmowy była książka, którą obecnie czyta.

 

Tak, to nasz wielki sukces, że u naszych dzieci wygrywają analogi, 

a nie zabawki świata cyfrowego.

 

„Agencja wymiany Rodziców. Wybierz sobie wymarzonych rodziców” Davida Baddiela. Pozycja totalnie mi nie znana, obca, tytułem wręcz przerażająca. Chcę podkreślić, że chociaż sugeruję córce, co by mogła przeczytać, nigdy nie zamierzałem ją przymuszać do wyboru konkretnej lektury. Każda książka, która nie jest lekturą, a przeczytana przez nią, jest jej wyborem, co mnie cieszy.

W tym przypadku pierwszy raz porozmawialiśmy przy okazji pewnej listy, jaką bohater książki Barry Bennett, sporządził, aby rozliczyć swoich rodziców ze wszystkich błędów, które jego zdaniem, sprowadzały wszelkie dramaty na ich dom rodzinny.

Początkowo się trochę uśmiałem. Przyznam szczerze, że nawet lekko ignorowałem kolejne uwagi, jakie Natalka wyczytywała z książki, aż wreszcie doznałem olśnienia. Olśnienie wcale nie przyniosło mi ulgi. Poczułem się po tym wszystkim, zwyczajnie źle. Każdy zna to uczucie, kiedy ktoś punktuje nasze niedociągnięcia a do tego ma jeszcze rację. Tak, to boli.

I tak się czułem, kiedy moja córka, z książką rozłożoną na kanapie, machając nogami, wyczytywała kolejne punkty. Poczułem to drugi raz w ostatnim czasie. Nie mówię, że nie czułem tego wcześniej, poczucia porażki, poczucia przegranej, poczucia, że znowu nie dałem rady jako tata, a zachowałem się jak zwyczajny ojciec.

Drugi raz w krótkim okresie. Ten pierwszy to ostatnia scena z filmu Marka Koterskiego „Siedem uczuć” Kto był, ten wie, a kto nie był, niech żałuje. Scena, w której „dzieci” dokonały symbolicznego, grupowego samobójstwa wbija w fotel. Zawieszone na ich szyjach kartki z wypisanymi grzechami głównymi rodziców, na długo zapisują się w głowie, a przemowa Pani sprzątaczki? Nie, nie chcę wracać do tego momentu. Cały film ukazuje, jak zgubna i niewłaściwa może być władza rodzicielska, jeżeli brakuje jej arcyważnego czynnika człowieczeństwa i zrozumienia dla dziecięcych potrzeb.

Zdumiałem się, w jaki sposób spotkały się niemalże dwie identyczne myśli, jedna w wydaniu light (książka) a druga w jakości hard (film). Nie zdumiało mnie kompletnie, dlaczego do mnie docierają właśnie takie sygnały, dlaczego odbiór tych treści jest dla mnie aż tak jasny, a zarazem trudny.

Jeżeli ktoś oczekuje ode mnie samobiczowania, to się myli. Nie będę wracał do chwil, w których sam sobie zrobiłem kuku i jeszcze się tym chwalił. Ten rok i tak uważam za zwycięski dla mnie na wielu frontach.

A mimo to, jeden z najważniejszych morałów, jaki do mnie dociera, to taki, że z dziećmi trzeba rozmawiać, prowadzić dialog, a nie monolog.

Jak to się ma do wspomnianych przeze mnie, dwóch pozycji? Ano tak, że w obydwu są bohaterowie, kompletnie niezrozumiani przez swoich rodziców. W obydwóch przypadkach mowa jest o dojrzewaniu bohaterów i rozwiązywaniu przez nich całej masy problemów, opisów postrzegania świata, tego, co wg. nich jest sprawiedliwe albo co nie jest ok.

W obydwu przykładach, książki dla dzieci i filmu, dostrzegam podobne rozłożenie akcentu na to, w jaki sposób rodzice często podchodzą do swoich dzieci, w jaki sposób rozmawiają ze swoimi pociechami, czy problemy dzieci są istotne a może niekoniecznie.

W tej pierwszej części nie chcę skupiać się na tym, co zwróciło moją szczególną uwagę. Chciałem wychwycić te wszystkie podobieństwa, na jakie się natknąłem i z jakimi, myślę, że nie tylko ja, borykam się na co dzień.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy Odśwież