Lepolod Tyrmand "Tyrmand Warszawski"

Kategoria: Tata Czyta Opublikowano: niedziela, 10 kwiecień 2022 RadosnyTata Drukuj E-mail

Tyrmand. Znacie? Długo się zastanawiałem nad tym, czy warto spojrzeć na książki autorstwa ikony z okresu rozbudowy komunizmu w Polsce. To coś jak dzisiaj wielu nawołuje do tego, aby nie czytać Dostojewskiego, Bułhakowa, Puszkina. Taki trochę naznaczony niechcianym piętnem autor, którego dźwięk nazwiska powinien od razu zadziałać tak, jak na Putina działają informacje z frontu. I już kawy nie potrzeba. Postanowiłem jednak sięgnąć po jego twórczość nie z powodów ideologicznych, ale chciałem poczytać coś zupełnie innego. Szczególnie że w ostatnich dniach zakończyłem dość długą podróż przez życie największego mitomana i naukowca, Leonarda Da Vinci. O tym jednak nie dzisiaj.

Sama postać Lepolda wzbudziła moją ciekawość po obejrzeniu przeze mnie filmu „Pan T”. Wcześniej zwracałem uwagę na wiele książek, które prężą swoje grzbiety okładek, zachęcając do umieszczenia ich na liście zakupów. I nic ponadto.

Zwyciężyła prosta ludzka nie tyle ciekawość, co wścibstwo. Pospolite, ludzkie wścibstwo, które zmusiło mnie do otworzenia jakiejkolwiek pozycji z listy pisarza wczesnej ery komunizmu. O samym Lepoldzie. W sumie to nawet mniej niż by się komukolwiek wydawało. Zwyczajnie, nie korzystam z Wikipedii, gdyż z zasady nie dowierzam wszelkim treściom publikowanym w szeroko pojętym Internecie. Można powiedzieć, że zacząłem w punkcie wyjścia, jak w przypadku wielu innych pisarzy, których znałem tylko z półki w sklepie, albo jako artykułu w sklepie internetowym.

To, czego się dowiedziałem, to tylko tyle, że Tyrmand po II wojnie wrócił do Warszawy, gdyż jak sam bardzo często podkreśla, nie ma innego, lepszego miejsca na Świecie, aby żyć.

Takie też są jego historie: Warszawa będzie większa niż ta sprzed wojny, ale czy tak samo piękna?

 

"Poczułem się naraz przeogromnie bezradny. Bo i w jaki sposób miałem mu to wytłumaczyć, że z Ojczyzną jest jak z rodziną. Niekoniecznie musi się w niej wszystko bez zastrzeżeń podobać. Ale wyrzec się jej nie sposób albo przynajmniej bardzo ciężko. Tak samo z Polską. Mogła się ona pewnym ludziom po 45. roku nie podobać, lecz nikt nie ma prawa odmawiać ludziom tym miana Polaka ani wstępu do Polski. Nikt nie ma prawa zaprzeczenia Polakowi jego Ojczyzny, bez względu na jego polityczne poglądy."

Leopold Tyrmand "Tyrmand Warszawski"

 

 

Krótka nowela Tyrmanda pt. „Tyrmand Warszawski”, to zbiór jego osobistych felietonów pisanych tuż po wojnie, dla „Stolicy”, „Tygodnika Powszechnego”, oraz „Przekroju”. Niektóre pisane faktycznie w formie felietonu, a inne pisane w formie listów, podpisane przez autora jako „Jan Andrzej”, przenoszą czytelnika do czasów, gdzie euforia po wygranej batalii z nazizmem, zaczyna przechodzić w smutek z powodu umacniającego się komunizmu. Zaskoczę być może wielu, ale sam Lepolod nie krytykuje władzy, nie ma złego zdania o komunistach, a jego uwagę przykuwają proste sprawy Warszawiaków.

Można poczytać o tym, że jak w Łodzi na Wielkanoc pada deszcz, to jest to tylko i wyłącznie wina Łodzi, bo jak takie miasto może sobie pozwalać na to, aby spadł tam deszcz. Kiedy na inne święta deszcz spadnie nad Warszawą, to wina tylko i wyłącznie deszczu.

Przyznam się szczerze, że nie zauważyłem, aby autor chciał zauważyć wady funkcjonowania miasta w trakcie odbudowy. Brnąc przez wszystkie felietony, listy, artykuły, relacje, nie znalazłem krytyki do tego, jak owa Warszawa się podnosi z gruzu. Dlaczego,  dla jej odbudowy rujnowano inne miasta. Nie znalazłem słowa krytyki wobec budowanego Pałacu Kultury i Nauki.

A mimo to, czyta się te teksty w bardzo przyjemnej atmosferze. Lekkie pióro opisuje dramaty ludzkie i nie widzi powodu, do tego, żeby zmienić styl pisania. Nie czyni tego ano wobec autobusów ani wobec dziur w chodnikach, ani w przypadku brei błota, zalewającej obuwie mieszkańców Warszawy, w deszczowe, śniegowe dni, które jak wiemy, są winą tylko i wyłącznie deszczu, burzy i  śniegu. Tego z Łodzi. Nie wzbudza gniewu wszechobecny pył, wznoszony przez budowniczych stawiających Stolicę na nogi. A jeżeli dodatkowo ten pył z budowy dokona fuzji z deszczem z Łodzi?

Chociaż nie. Nie tak do końca.

Jest jeden, bardzo ważny element, który dość mocno uderza w Leopolda: architektura.

 


"Ślepnąć od świateł"

"Służące do wszystkiego"

"Zabić drozda"


 

Ten wątek można skrócić do jednego zdania: Warszawa jest dzisiaj bardziej przebudowana niż odbudowana. Owszem, zostało odbudowanych wiele z przedwojennych kamienic, z zachowaniem w większym procencie ich charakter. Mimo to, główne ciągi komunikacyjne Warszawy w żaden sposób nie przypominały tychże, które były wznoszone przez warszawskich rzemieślników, przedsiębiorców, kupców, Polskich Żydów w okresie przedwojennym. Zostały zastąpione przez toporne, socrealistyczne blokowiska, rosnące z każdym rokiem o kolejne piętra, przesłaniające blask Warszawy z okresu międzywojennego.

 

Autor nie zapomina o wielkich projektach infrastruktury drogowej (trasa W-Z),

kolejowej (wczesne plany budowy dworca centralnego),

podnoszenia z gruzu mostów, przerzucanie nowych.

Cała ta dudniąca warszawska masa,

mająca jeden cel: odbudowa Stolicy.

 

I tak oto przez około sto stron z małych hakiem, spacerujemy pod rękę z Lepoldem po gruzowisku warszawskim, wspominając przedwojenne drogi, chodniki (jak stwierdza autor: najpiękniejsze w Europie), parki, „podziwiając” Stolicę Polski, która bardzo mocno zraniona, niemalże śmiertelnie, w ostatnim tchnieniu, wstała z kolan (nie jestem przekonany, czy ten ostatni zwrot pasuje).

Czy przekonałem się do pisarza wczesnej ery komunizmu, uwielbianego na salonach władzy?

Przyznam, że tak. Przede wszystkim jego lekkie pióro, narracja, do której naprawdę chcę się wracać, jego opowieści do niczego nie zobowiązują, do niczego nie zmuszaj, po prostu są.

Jeszcze nie wiem, jaki tytuł sięgnę z półki i przełożę do koszyka, ale wiem, że uczynię to z ochotą.

 

Radosny Tata, kwiecień 2022.  

 

 

 

Odsłony: 141

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy Odśwież